L A M A | P R E S S

Recenzje.

KinderCzuba

by pawelklein

[objaśnienie tytułu- kindersztuba jest synonimem savoir-vivre’u, od którego wzięła się następująca konotacja: Kinder (niem.) – dziecko; Czuba- nazwisko]

Hulaj dusza, piekła nie ma, a etyka siedzi w kącie i krzyczy z bólu. Nie wolno nam już wypowiadać swojego zdania? Czy jesteśmy „kneblowani”?

Prawda, prawdy, prawdzie, prawdę, prawdą, prawdzie, prawdo. Prawda w sosie z brzozy. Kaczka nadziewana prawdą. To wszystko i jeszcze więcej znajdziemy w „menu” jednego z publicznych warszawskich uniwersytetów, a dokładniej mówiąc- na jednym z wykładów. Nigdy nie myślałem, że będę świadkiem, kiedy komuś we wręcz naturalny sposób przychodzi złamanie artykułu 53. ustępu 1. Konstytucji RP, oskarżając o naruszenie artykułu 14. wyżej wymienionej ustawy. Obrażanie studentki za inne niż własne poglądy jest według mnie takim naruszeniem.

Wszystko zaczęło się od głośnego już zwolnienia Cezarego Gmyza z „Rzeczpospolitej”. Pewien wykładowca, nazwiska którego nie wymienię, wyraził swój głęboki sprzeciw na tle etycznym na temat owego zajścia. Ta osoba zarzekała się i zaklinała na wszystkie świętości, że mogłaby w pełni rozumu stanąć i przed całym uniwersytetem ogłosić swoje stanowisko. Jakże heroiczny czyn! Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wyrosła dyskusja, w której wzięła udział studentka, której pogląd na temat „państwa totalitarnego” i „kneblowania ust dziennikarzom” nie były zgodne z tymi przedstawionymi chwilę wcześniej przez osobę prowadzącą. „Do niektórych poglądów trzeba dorosnąć” (sic!). Hipokryzja na całej linii. Przeraża mnie to, ale także służy jako katalizator myślenia , czy szkolnictwo wyższe w Polsce tak zeszło „na psy”. Może i uogólniam, ale doszły mnie słuchy, że nie jest to unikalny przypadek. Oskarżać bez posiadania argumentów? Smacznego.

Niedługo będziemy ścigani przez wykładowców za krzywo obcięte włosy, a wilcze bilety będą rozdawane niczym opłatek na niedzielnej mszy, z tym wyjątkiem, że nie będzie możliwości odmówienia. Stan zastany. Może to czas, aby wywiesić na drzwiach uczelni kartę niczym Luter prawie pół tysiąclecia temu? Może czas na małą reformację? A może mała reformacja przerodzi się w Wielką Inwokację, która poprowadzi duchem wielu, by sprzeciwić się Nierządnicy? Jeśli tak dalej pójdzie, to na pewne wykłady będę chodził- zamiast z krzyżykiem – z gałązką brzozy na szyi. Może ona odpędzi złe duchy, bo te prześladują nas nadal, nie tylko od niedawnych dziadów, ale od przeszło dwóch lat.

Konstytucja sobie, wykładowcy sobie. Tylko gdzie tu zabrać głos? Oddać go, broniąc studentki, ponieważ ta ma prawo do wyrażenia swojego zdania, czy raczej wykładowcy, który… właśnie, który ucząc dążenia do prawdy i zasad etycznych chrześcijaństwa, zapomina o podstawowych zasadach, jakimi jest kultura osobista? Którą stronę objąć? Sam już nie wiem… albo wiem, ale się tym nie pochwalę, aby nie zostać „zakneblowanym”?

Reklamy

Zabiłem mężczyznę.

by pawelklein

Faceci. Jesteśmy złożeni, nieprzyzwoicie przystojni i niewysłowienie inteligentni. Nie gardzimy plastikowymi damami z prawdziwymi piersiami i pośladkami. Oglądamy tylko kanały kulturalne, a mecze tylko, gdy żona lub kochanka nam pozwoli. Skorzy jesteśmy do zabawy z dziećmi o każdej porze dnia i nocy, w śniegu i zawierusze. Wyrzucamy śmieci, zmywamy, pierzemy, prasujemy i gotujemy. Jesteśmy chodzącymi ideałami. Nie przechodzimy obojętnie obok czyjejś krzywdy. Zawsze jesteśmy gotowi, aby pomóc z walizkami czy innymi taborami. Mamy doskonałe wyczucie smaku tak do fryzur jak i do ubrań. Znamy więcej kolorów niż: czerwony, niebieski i zielony. Alkohol pijemy z umiarem. Wino- nie wódkę. Herbatę- nie piwo. Wybieramy dobro ogółu- nie swoje. Nie obrażamy innych. Nie wyzywamy od ch*jów, pe*ałów, gejów innych mężczyzn wyglądających inaczej niż my. Szanujemy kobiety. Odsuwamy im krzesła, otwieramy przedeń drzwi, całujemy w dłoń na przywitanie. Świecimy przykładem. Teatr- nie kino. Balet- nie „You Can Dance” w telewizji. Opera- nie koncert. Tworzymy kulturę swoimi dziełami na ścianach budynków. Oazy spokoju. Grunwald serca i ducha. Temidy. Zrobiwszy jedno, zawsze mamy na względzie konsekwencje z tego płynące. Zabiwszy, przepraszamy pełni skruchy. Dając na tacę, mamy na względzie dobro całego Kościoła świętego. Mówiąc „kocham”, myślimy i czujemy.

Byłoby pięknie i wspaniale, gdyby nie było a rebours.

Assasin Creed: Renesans

by pawelklein

Nie o każdej grze powinny powstawać książki, tak jak nie o każdym filmie powinna zostać napisana książka. Na nasze nieszczęście coraz częściej zdarza się, że fabuła gry- pomimo, że fantastyczna- okazuje się marnym tematem do dywagacji i opisywania na łamach publikacji książkowej. Nie zniechęca to jednak ludzi, którzy chcą zarobić, stojąc w cieniu super produkcji.

okładka

Bowden Olivier należy do tej grupy, którzy stojąc pod tak owocnym drzewem, jakim jest produkt Ubisoftu, stara się dopisać do fabuły swoje (marne) pięć groszy. Przeczytawszy w swoim życiu kilka książek opartych na grach, nie czytałem tak źle napisanej. Opisy są płaskie, bez wyrazu, sceny walk wydają się stand-upami, a punkt kulminacyjny nie jest prawidłowo wskazany. „Przerost formy nad treścią” chciałoby się powiedzieć i… można to robić śmiało, pełną gębą.

Mimo, że całość osadzona jest w drugiej części gry, w dobie renesansu, to mało renesansu w renesansie. Leonardo da Vinci, który staje się ważną postacią w życiu Florencji, zostaje spłaszczony do grubości atomu. Ukazany, co prawda, jako wielki myśliciel i wynalazca, to poza tym, jest nikim. Jego urządzenia zabijają, kaleczą- tylko to potrafią. A co z jego „samolotem”? Może mi to umknęło przez gąszcz słów, z których mało co wynika.

Logika zachowana, ale co to za logika? Logika czego? Chyba tego, że każdy nowy wynalazek musi służyć do zabijania. Jakie to nowoczesne! Jakie zjawiskowe! Perpetum mobile myśli technicznej! Śmierć, śmierć i śmiercią zakrapiana. A in statu nascendi nie zabijanie było celem Leonarda. A może i było, i wszelkie informacje o tym są przekłamywane? Toż to bardzo możliwe, skoro jego zapiski i większość manuskryptów jest pochowanych po świecie.

Z recenzji książki zrobiła się epistoła o Leonardzie i zabijaniu. Gdyby wziąć tę powiastkę i wymiąć jak gąbkę, zostałoby niewiele. Nomen omen bardzo niewiele.

Tak to jest, gdy piszę się pod komerchę.

Diablo: Pajęczy Księżyc

by pawelklein

Lord Aldric Jitan cierpi na nocne koszmary. Doprowadzają go one do tajemniczego grobowca. W miejscu tym arystokrata ma nadzieję obudzić pradawne zło, uśpione od czasu upadku Tristram.

Tajemniczy nekromanta Zayl, zaniepokojony rosnącą w siłę mocą Ciemności, trafia na ślad złowieszczego planu Jitana. Zayl nie wie jednak, iż czekają go zmagania z innym nekromantą, będącym właściwym autorem diabelskiego planu.

Pajęczy Księżyc wschodzi; złowrogi demon, Astrogha, szykuje swe sługi do ataku na Sanktuarium.

okładka

 

Richard A. Knaak to jeden z oblubieńców Blizzarda. Widać to, ponieważ pisze dla nich kolejną książkę- tę, o której mam zamiar pisać. Autor napisawszy już kilka książek z uniwersum WarCrafta (m.in. trylogię „Wojny Starożytnych”, lecz to później), zabrał się za drugie- Diablo. I jeden i drugi świat jest pełen zła i przemocy oraz dobra stawiające mu czoła na każdym kroku.

Jak zwykle w tego typu powieściach mamy do czynienia z głównym bohaterem, który- będąc z klasy nekromantów- nie jest zbytnio lubiany przez resztę społeczeństwa. Nekromanci zostają oskarżani o wszelkie zło, sodomę i gomorę- jak zwykle- niesłusznie, bowiem nikt poza wtajemniczonymi nie wie, czym tak naprawdę zajmują się owi Strażnicy Równowagi. Ale Ci, którzy twierdzą i twardo stoją przy swojej opinii, iż ww. są źli… mają trochę racji. Przynajmniej nie wszyscy są dobrzy. Jednak ta dychotomia jest zrozumiała, gdyż każdy pod względem etycznym i moralnym jest różny. Nic więcej o tym nie powiem, bo to nie rozprawka etyczna.

Na szczęście główny bohater spotyka na swojej drodze kobietę, przedstawicielkę szlachty, która służy mu pomocą, a właściwie- oferuje mu pracę. Jej celem jest odkrycie tajemnicy jej posiadłości, którą dostała po swoich rodzicach, w którym mieszka z bratem po śmierci rodziców i jej męża. Sprawa się jednak komplikuje, gdy rości sobie prawo do domu Aldric Jitan (powołujący się na dawny układ z jej mężem nieboszczykiem), który okazuje się być jednym z polityków, ale także nieskrytym adoratorem młodej damy. Po co jednak jej nekromanta? Do tego, do czego oni są- aby wskrzesić, a dokładniej mówiąc: przywołać duszę dawno zmarłego ukochanego prawowitej właścicielki domostwa.

Żeby nie było zbyt łatwo, ktoś utrudnia pracę Zaylowi. Nie tylko ktoś, ale także i… coś. Coś mrocznego, o nieprzeciętnej potędze. Coś, co sprawi, że ten będzie musiał zmierzyć się z niejedną przeciwnością.

Jaki jest finał? Ja o nim nie napiszę, bo zabrałbym Wam cała przyjemność.

Przeczytawszy, muszę powiedzieć, że zarazem punkt kulminacyjny, jak i cała fabuła są fascynujące. Opisy są barwne, wielowymiarowe, odziane w cienie i półcienie. Jesteśmy świadkami zmian w osobowości Zayla, ale także postępowania arystokracji. Nie dosyć, że obecny jest czarny dowcip, to jest on raczej bon mot’em towarzysza nekromanty, który jest… No właśnie, czym on jest? Zgadnijcie. Nic nie powiem 🙂

In toto powiastka jest ciekawa, wciągająca, fabuła interesująca. Moim zdaniem warta polecenia dla fanów fantastyki, universum Diablo i tych, których interesuje twórczość autora bestsellerów Richarda Knaaka.

The Exiled Realm of Arborea

by pawelklein

The Exiled Realm of Arborea lub też po prostu TERA [link]

Official Tera Online Box Artwork

Jest bardzo prawdopodobne, że mogliście nie słyszeć o tej grze z gatunku MMORPG. A dlaczego? Ponieważ jest to przeniesiona z rynku koreańskiego na europejski gra internetowa z rewolucyjną rozgrywką typu true-action, co w praktyce oznacza, że- zamiast „targetowania” przeciwników- należy w nich dosłownie celować. Nie była ona zbytnio promowana w Polsce, ale wciąż cieszy się ona dość wierną grupą zwolenników wśród naszych rodaków. Gra została wydana pierwotnie w Południowej Korei 25 stycznia 2011 roku przez studio Bluehole, aby potem zostać wydaną w Europie przez studio Frogster Interactive Pictures 3 maja 2012 roku i- wcześniej- 1 maja 2012 roku w USA przez En Mass Entertainment. Premiery były poprzedzone wieloma beta-testami, na które można było się dostać poprzez pre-order gry lub wygranie kluczy w różnych konkursach. Poza zamkniętymi betami, odbył się także otwarty beta-test na samym końcu beta-wędrówki.

„Pogromca World of Warcraft” można było słyszeć przed premierą, lecz czy ta dość „skromna” gra może powstrzymać takiego giganta jak kultowe już MMO Blizzarda?

Arborei mamy do wyboru spośród siedmiu ras:

  1. Aman – smoko-podobne humanoidy
  2. Baraka – wielka, inteligentna rasa (podobna do Dranei z WoWa)
  3. Castanic – quasi-demony
  4. Elin – chibi dziewczynki wielbiące się w naturze
  5. High Elves – chyba nikomu nie potrzebna jest definicja ^3^
  6. Humans – tutaj także :3
  7. Popori – rasa zwierzątek-do-wyboru (można grać psem, królikiem, pandą, kotem, bobrem itd.)

oraz ośmiu klas:

  1. Archer – klasyczna klasa w tego typu grach
  2. Berserker – jw.
  3. Lancer – coś a`la tank latający z wielką kopią i tarczą
  4. Mystic – rodzaj WoWowskiego shamana lub priesta; leczy a także potrafi wezwać do pomocy cztery rodzaje minionów, rzucić buffy (ulepszenia)
  5. Priest – „klasyka gatunku”
  6. Slayer – coś a`la klasyczny rogue, czyli latanie z dwiema broniami itd.
  7. Sorcerer – odpowiednik maga
  8. Warrior – nie trzeba wyjaśniać.

Nie tylko system walki jest ciekawy, ponieważ i sposób, w jaki się unika ciosów jest intrygujący, bo trzeba to robić niemalże cały czas! A jak? Albo użyć odpowiedniej do tego umiejętności lub odpowiednio się… przesunąć. Wiąże się to bardzo z „targetingiem”- w końcu, aby trafić, należy celować.

Wiemy już, jakie rasy i klasy są do wyboru, a także trochę o gameplayu. Nadal jednak nie wiemy nic o fabule! Pozwolę sobie w tym miejscu przetłumaczyć backstory z oficjalnej strony:

Około miliona lat temu, dwoje wszechwładnych tytanów, Arun i Shara, zmienili się w bezkształtne formy z powodu, którego możemy się tylko domyślać, i zasnęli. Zaczęli śnić. Śnili o świecie, który w końcu uformował się na ich plecach, zwany teraz Terą. Pierwszymi stworzeniami, które mogły ten świat nazwać domem, było dwanaście bogu-podobnych stworzeń wyśnionych przez tytanów, lecz nie upłynęło dużo czasu, gdy te twory zaczęły ze sobą walczyć. Podczas gdy  sen trwał, nowe formy życia zwane Śmiertelnymi zaczęły się pojawiać. Były one mniej potężne, ale bardziej liczne. Arun wyśnił ambitne Elfy, mądrych Ludzi, honorowych Amani, potężnych Gigantów, podstępne Deva oraz złośliwe Popori. Shara wyśniła chytre Sikandari, mroczne Gula i Wampiry, okrutne Wendigo, dziwne Wróżki oraz wężo-podobne  Nagi. Śmiertelnicy zostali wmieszani siłą w walkę między bogami, która skończyła się śmiercią, uwięzieniem lub zmniejszeniem bożków. Śmiertelne rasy nie wyszły bez szwanku. Niektóre- jak Sikandari i większość Gigantów- zostały zgładzone, lecz inne po wojnie zaczęły rosnąć w siłę jak Baraka i Castanic. Teraz bogowie przyszli na spotkanie siedmiu rasom; Amani, Baraka, Castanic, Elin, High Elves, Human i Popori muszą zjednoczyć się, by stawić czoła nowemu przeciwnikowi. Kruszcowa rasa pochodząca z podziemia zwanego Argons; ich celem jest przejęcie panowania nad Terą i obudzenie tytanów, aby- kończąc ich sen- zniszczyć całą Terę.

Udało mi się zdobyć wejściówkę na oficjalne beta-testy, więc mogę Wam napisać, czy moim zdaniem jest to pogromca WoWa czy nie. Jestem tej opinii, że jeszcze minie dużo czasu zanim komuś uda się przebić Blizzardowskie MMO lub oni sami tak bardzo się „skiepczą”. Od 2004 roku wiodą oni prym w kwestii udostępniania graczom niezliczonych godzin fascynującej i pięknej rozgrywki. Co prawda twórcy Tery się postarali i zrobili grę na wysokim poziome (tekstury, modele, animacje, efekty zaklęć są PIĘKNE), ale cierpi na ten sam syndrom zadań, co ww. gra. Mam na myśli dużą powtarzalność, np. „pójdź, zabij n potworków/ zbierz n przedmiotów z jakichś mobów/ przynieś coś/ porozmawiaj z kimś/ dowiedz się czegoś”. Ostatnimi czasy gry typu Guild Wars i Rift odświeżyły lekko misje, wprowadzając questy, które pojawiają się „znikąd”, tj. wchodząc do jakiegoś miejsca, coś się wydarza i nagle dostaje się zadanie, aby coś-tam zrobić. Nie jest to jakieś über nowe, więc… DLACZEGO BLIZZARD NA TO NIE WPADŁ?! Nie wiem. Nikt nie wie zapewne…

Moje wrażenia po kilku sesjach z tą grą są takie: bardzo ciekawą innowacją jest sposób walki- fakt, że trzeba celować w moba zwiększa radość z gry, questy są (jak już napisałem) dość monotonne, przerywniki są ładnie zrobione, a dungeony i raidy są tak piękne i olbrzymie, że szok! System ulepszania broni jest łatwy i przejrzysty, ale sprawa się komplikuje, gdy dochodzi do craftingu. Niestety, żeby zacząć coś robić, należy dysponować sporym zastrzykiem gotówki. Co prawda zdarza się, że potworki „dropną” większą ilość pieniążków, ale nadal to mało. Samo transportowanie się z miejsca na miejsce nie jest tanie- chodzi tu raczej o bardziej odległe miejsca, skąd trzeba używać albo zwojów po 10k każdy albo pegazy. Tak, dobrze przeczytaliście, pegazy. Wracając do craftingu, do tworzenia niektórych przedmiotów wymagane są tzw. Runy Aruna lub Shary, ewentualnie Tytanów. Dwie pierwsze mogą wypaść z normalnego moba, lecz te ostatnie- tylko z bossów, także tych nie-w-dungeonach, bo i takie istnieją.

Zatem czy warto zagrać w Terę? Oczywiście! Jedyny haczyk, jaki tu tkwi, to abonament, ponieważ- podobnie jak w WoWie- należy płacić go, aby móc grać. 60-dniowa karta pre-paid kosztuje ok. 80-90zł, czyli mniej więcej (chyba) tyle samo, co WoW. Co za to dostajemy? Czystą przyjemność z walki, rozbudowany system ras, klas i zaklęć, piękne plenery, świetnie zrobione animacje postaci oraz wiele, wiele więcej! Jeśli ktoś chce wypróbować, może to zrobić tutaj.

Kończąc chciałbym Wam pokazać zrobiony przeze mnie krótki filmik z walki z ostatnim bossem z Secret Base i życzyć Wam miłych wrażeń i, as always, to be continued…

Kobieta w czerni

by pawelklein

Ostatnio zrobiło się dość głośno na temat tego filmu, a to z powodu głównego aktora, Daniela Radcliffa. Skąd znamy tego pana? Tak, zgadliście! Z serii książek o przygodach młodego czarodzieja Harrego Pottera! Daniel od dłuższego czasu próbuje zerwać z siebie ten „przylepiec Harrego Pottera”, więc występuje w ambitnych sztukach teatralnych oraz w poważniejszych filmach- takich jak ten właśnie. „Kobieta w czerni” to remake filmu telewizyjnego z 1989 roku.

Nie wiecie, po co przyszła, że wróci bądźcie pewni. To widmo ciemności, to Kobieta w czerni – mówi legenda Crythin Gifford. W pobliżu opuszczonej posiadłości, po zachodzie słońca, pojawia się kobieca postać ubrana na czarno. Zawsze, wkrótce potem w okolicy umiera dziecko. Po śmierci właścicielki Domu na Węgorzowych Moczarach do miasteczka przyjeżdża młody notariusz Artur Kipps (Daniel Radcliffe), ma uporządkować jej sprawy spadkowe. Niewiele może się jednak dowiedzieć. Okoliczni mieszkańcy boją się mówić o tym, co zdarzyło się tu przed laty. W czasie odpływu sam Kipps udaje się do przeklętego miejsca. Nie przypuszcza, że przekraczając próg posiadłości, stanie się częścią przerażającej historii Crythin Gifford.  ~Film Web

Ten opis zasadniczo załatwia sprawę XD ALE NIE! Nie idę na łatwiznę- napiszę coś więcej o nim :] Gatunkowo został zakwalifikowany jako dramat/ horror. Z horroru jest tyle, co kilka scen, które są straszne tylko przez element zaskoczenia. Za to dramatu jest mnóstwo. Sama fabuła jest przepełniona nim po brzegi. Główny bohater traci żonę, która, przy porodzie ich syna, umiera. Potem wyjeżdża i zaczyna się robić ciekawie. Dom, którym ma się zająć jest ruiną. Aż krzyczy: „uwaga! jestem upiornym domem z mieszkającym we mnie upiorem!”. Nikt nie chce zrozumieć, dlaczego tak zależy mu na rozstrzygnięciu tej sprawy. A dlaczego tak mu zależy? Bo jeśli nie doprowadzi sprawy do końca, zostanie zwolniony. Smutne, nie? Chyba nie zdradzę za dużo, jeśli powiem, że zginie kilka Bogu winnych istot, prawda? 😀 A kto i w jakich okolicznościach- obejrzyjcie film!

Daniel gra z początku dość przekonująco, aby dalej stać się już trwałym. Jeśli ktoś oglądał wszystkie filmowe adaptacje Harrego Pottera, przeżyje pewnego rodzaju mind-fuck, bo „jak Harry może nie móc czegoś zrobić?! powinien wyjąć różdżkę i to zrobić!”. Brzmi to trochę jak gadanie nastolatków albo „emo-Martynki”, ale dla HPtardów to rzeczywistość (nie, nie jestem jednym z nich- przeczytałem tylko ostatnią część książki, ale filmy obejrzałem wszystkie, w których najlepsze były efekty specjalne). Ogólnie jego grę aktorską można określić mianem znośnej. Nie fantastycznej, ale dobrej.

Film kończy się dość ciekawie- fabuła ma bardzo interesującą puentę. Nie zdradzę Wam jaką, ale sam miałem mind-fucka, gdy to zobaczyłem, seriously. Czegoś takiego się nie spodziewałem.

Jeśli ktoś chce zobaczyć Radcliffa w innej roli, chce poczuć dreszczyk grozy, chce popatrzeć, jak biedne istoty umierają w brutalny sposób- to film DLA CIEBIE!

Na koniec, żeby dodać artystycznego wyrazu- Zbigniew Preisner oraz „Lacrimosa” z jego „Requiem for my friend”. Enjoy and, as always, to be continued…!

„Protektorat Parasola: Bezduszna”

by lamapress

Szanowni państwo, pragnę przedstawić Wam 1. tom serii  „Protektorat Parasola: Bezduszna” autorstwa Gail Carriger.

Nigdy się nie zdarzyło, bym zainteresowała się książką patrząc jedynie na okładkę, a tu proszę- Vay zobaczyła rzeczy związane ze steampunkiem i od razu się zakochała. W książce mamy mieszankę różnych gatunków: urban fantasy, steampunk, wiktoriański romans, komedia i paranormal romance. Ktoś może powiedzieć, że to istna mieszanka wybuchowa, a nie książka. Dla mnie ten skład jest genialnym połączeniem wywołującym uśmiech na twarzy za każdym razem, gdy się ją czyta.

Myślę, że czas na opisanie fabuły:

Anglia, Londyn dokładniej mówiąc, XIX wiek. Znajdujemy się na balu u pewnej księżnej (ale nie o nią tu chodzi). Na tym właśnie balu znajduje się nasza bohaterka, Alexia Tarabotti- stara panna lat dwadzieścia sześć, dla której ten bal jak i inne są strasznie nudne. W celu rozrywki panna Alexia wybrała się do biblioteki gospodyni przyjęcia. Rozrywką miało być spałaszowanie podwieczorka i powęszenie po pułkach wypełnionych wielkimi tomiszczami. Znajduje w bibliotece podwieczorek i książki, bonusowo jest też wampir. A teraz taka uwaga: w tej serii wampiry i wilkołaki są szanowanymi obywatelami, zajmującymi nawet wysokie stanowiska. Wampir, którego spotyka nasza znajoma okazuje się dzikusem. Za swój brak manier wobec damy dostaje parasolką po łbie i drewnianą szpilą. Przez te rozróby zjawia się nie kto inny jak Hrabia Conall Maccon, z pochodzenia Szkot, no i dodatkowo alfa jednej z największych watah w Anglii. I tu mogą być spory, co do tego, czy hrabia jest przystojny- ma w sobie tyle wdzięku, co kotlet na patelni, ale pannie Tarabotti przypada do gustu (a długo się broniła by to przyznać). Trzeba też powiedzieć, że nasza bohaterka jest córką Włocha, po którym odziedziczyła nieposiadanie duszy (i pragnę zaznaczyć że nie jest jedyna w swoim rodzaju). W książce autorka przestawia nam nie tylko standardowe rasy paranormalne tj.: duch, wampir, wilkołak, ale też dodaje swoją- Nadludzkich. Do owych Nadludzkich zalicza się Alexia. Nadludzcy są „ludźmi”, którzy nie posiadają duszy i mogą poprzez dotyk przywrócić nieumarłemu normalność, ale na krótko, czyli na tyle, na  ile utrzymany jest kontakt fizyczny.
Przez niewychowanego już niestety ukatrupionego na amen wampira, Alexia zainteresowała się sprawą tajemniczego znikania krwiopijców. Zanim przejdę dalej, muszę wytłumaczyć, jak działa hierarchia nadprzyrodzonych/ nieumarłych w Wiktoriańskiej Anglii przedstawiona w noweli. Wampiry należą do tzw. Uli. Znajduje się w nich królowa, która ma wyłączne prawo do przemienienia człowieka w wampira. Osobniki, które nie chcą ciągle siedzieć ukryte pod spódnicą królowej, żyją samodzielnie i takich nazywa się Tułaczami. Ule i Tułacze mają swoich ludzkich współpracowników, którzy noszą szumną nazwę: Trutnie (są to kandydaci na przyszłe wampiry). O przemianę takiego Trutnia trzeba prosić królową Ula (najlepiej tę, która jest „matką” Tułacza, u którego służy dany Truteń). Och, trochę zamieszania tu jest, no ale mówi się trudno. Po odbytej wizycie w Ulu nasza bohaterka wpada w łapska czarnych charakterów tej części, czyli Naukowców ze Stowarzyszenia Żelaznej Ośmiornicy.

Tyle o fabule. I tak już napisałam o wiele za dużo, a to ma być recenzja, a nie streszczenie. Bardzo podobał mi się sposób przestawienia w książce Nadprzyrodzonych. Nie są to wyrzutki społeczeństwa, które muszą się ukrywać ze swoim „przekleństwem”, czy chować po ruinach, cmentarzach czy też lasach.
W „Bezdusznej” mamy do czynienia z wilkołakami, którzy to należą w większości do armii Królowej Wiktorii i wiernie jej służą, z wampirami, którzy to nie tylko zasiadają w parlamencie, ale również dyktują modę i uchodzą za przykładnych obywateli. No, duchy są duchami, ale też swoją rolę mają- mogą pracować dla rządu, wilkołaków czy wampirów jako szpiedzy, bo kto inny, jak nie duszek, przeniknie przez najgrubsze mury w celu podsłuchania najbardziej poufnych rzeczy?  🙂

Książka jest też zabawna i nie dlatego, że ma jakieś głupawe momenty, które pierwotnie miały być poważne, ale dlatego, że to, co ma być zabawne spełnia swoją rolę. Ale samemu trzeba to przeczytać, by się zgodzić z tym stwierdzeniem.
Polecam tę książkę tym, którzy chcą przeczytać coś o wampirach, wilkołakach, które nie bawią się w sparklowanie na słońcu, czy udawanie grzejnika (tak, ja też NIESTETY przeczytałam „Zmierzch”). Tu jest romans w miarę stosownych dawkach, zero ckliwości, dennych miłosnych wyznań, gadek-szmatek np. „ach, ja cię kocham, ale ty przecież świecisz na słońcu, jakbyś się wysmarował brokatem”, momenty zabarwione pikanterią (owa pikanteria jest wprowadzona przez  panią Gail Carriger, nie tracąc przy tym zdrowego rozsądku).

Seria składa się z 5 tomów, z czego 3 zostały wydane w Polsce. 4. tom ma wyjść najprawdopodobniej na wiosnę/ lato w  Polsce. Ostatni tom wyjdzie dopiero 5 marca w Stanach.

I to by było na tyle 🙂

Polka w kimonie- reportaż

by pawelklein

   Jak okazuje się, odległość geograficzna pomiędzy Polską i Japonią nie stoi na przeszkodzie we wzajemnym przenikaniu się obyczajów, tradycji i elementów kultury. Bywają np. Japończycy zafascynowani elementami kultury Polski (np. muzyka Chopina), ale także Polacy zauroczeni tradycjami kraju „kwitnącej wiśni”. Pani Małgorzata Dutka stanowi doskonały przykład na potwierdzenie powyższego.

Pani Małgorzata jest japonistką, doktorantką na Uniwersytecie Warszawskim. Ale również jest dyplomowaną nauczycielką ikebany (sztuki układania kwiatów) szkoły Ikenobo. Poznaje także tajniki ceremonii herbacianej.

W trakcie pobytu w Japonii została zaproszona na ochaji, czyli „spotkanie herbaciane” dla kilku wybranych gości połączone z posiłkiem. Jednak nie na „zwykłe” ochaji, tylko tzw. yobanashi-no chaji, spotkanie na herbacie przy świecach, które nawet dla ludzi zajmujących się ceremonią herbaty jest wydarzeniem. Pytana o szczegóły, nie zdradza ich tłumacząc, że:

„To, co się dzieje na yobanashi-no chaji, jest tajemnicą. Kultura obrzędu tego wymaga”

Obecnie Pani Małgorzata mieszka w Kansai, w regionie Kinki i jest jedną z najbardziej znanych kobiet (obcokrajowców) w tym regionie noszących kimono na co dzień.

Kimono było jeszcze 100 lat temu uważane za luksus, na który nie każdego było stać. Na pytanie, w jakich okolicznościach je zakłada, opowiada:

„Tak w Japonii, jak i w Polsce- w różnych. Tutaj- na okeiko, czyli lekcje tradycyjnych sztuk, przede wszystkim kimona- od roku mam uprawnienia nauczycielki kitsuke (sztuki zakładania kimona) i po prostu czasami nie wypada mi nie przyjść w kimonie. Przez 8 lat pracowałam na Uniwersytecie Koshien, zajmuję się też popularyzacją kultury polskiej w Japonii. Jako nauczycielka akademicka czy wykładowca- prowadziłam w kimonie zajęcia na uniwersytecie i okazjonalne wykłady, chodziłam do teatru i podróżowałam, byłam na herbacie i składałam wizytę w ambasadzie polskiej. W Polsce- byłam w kimonie na pokazach herbaty, na ślubie brata i meczu polsko-japońskim. Nie ma okazji, która nie byłaby odpowiednia”.

Według złośliwych kimon lub yukat (typu kimona noszonego w lato) nie powinny nosić osoby o urodzie typowo europejskiej. Na to pani Małgorzata odpowiada:

„Moja pani profesor mówi czasami, że wyglądam w kimonie lepiej niż „rodowite” Japonki. Rzecz nie polega na długości nóg czy kolorze włosów. Ważna tu jest raczej postura czy też figura oraz sposób poruszania się. Ogólnie rzecz biorąc, kimono kobiece dobrze wygląda na osobie do ok. 165 cm wzrostu, o niezbyt dużym biuście i stosunkowo wąskich biodrach (powiedzmy- do 100 cm w obwodzie). Ja po prostu mieszczę się w tych parametrach. A dlaczego takie właśnie wymiary? Kimono jest uszyte z prostych kawałków materiału, obi wypełnia i zakrywa wcięcie w talii- w efekcie całość wygląda jak… tuba. A tuba- logicznie, im dłuższa i o mniejszym obwodzie, tym wygląda smuklej, czyli ładniej. Może warto tu jeszcze dodać, że współczesne Japonki mają już inne figury, niż te żyjące w czasach, kiedy wszyscy nosili tu kimona. Ma to bezpośrednio związek ze sposobem odżywiania się. W czasach, kiedy nie jadało się tu mięsa, ludzie mieli dłuższe tułowia i krótsze nogi, a kobiety- o wiele mniejsze wcięcie w talii. Kimono też nosiło się nieco inaczej- np. ten sznurek, który obecnie zawiązuje się w talii, był kiedyś wiązany właściwie na biodrach”.

Uprawnienia nauczycielki kitsuke– sztuki zakładania kimona nie są łatwe do zdobycia. Zapytana o to, jak długo się uczyła tej sztuki i czy w kitsuke są też rozmaite szkoły mówi:

„Nauczyciel kitsuke musi przede wszystkim potrafić ubrać w kimono dowolnego rodzaju osobę, bez względu na wiek czy figurę „klienta” („klientki”), w ciągu ok. 20 minut. Potrzebna do tego jest wiedza teoretyczna i praktyczna. Jak nietrudno się domyślić, więcej czasu pochłania zdobycie tej drugiej- po prostu trzeba ćwiczyć, i to najlepiej na żywych modelach, a nie na manekinach. Kitsuke uczyłam się kilka lat, przygotowania do egzaminu zajęły mi rok- przy czym chodziłam wtedy 1-2 razy w tygodniu na lekcje jako asystentka mojej pani profesor i miałam okazję uczyć osoby mniej ode mnie zaawansowane. Kitsuke można uczyć się w różnych szkołach. Są instytucje o zasięgu ogólno-japońskim, jak chociażby Sodo-gakuin, są też szkoły mniejsze, jak np. Osaka Kimono Kitsuke Gakuin, do której chodziłam. Różnice między stylami kitsuke polegają właściwie tylko na tym, czy do zakładania kimona oraz obi (pas służący do przepasania kimon) używa się jakichś dodatków poza sznurkami i taśmami, czy nie. Szkoły tradycyjne, a do takiej chodziłam, nie uznają żadnych „wynalazków”, podtrzymujących wiązania obi itp.”.

Każda uczestniczka kursu kitsuke musi mieć zapas własnych kimon. „Polka w kimonie” opowiada, z ilu elementów składa się komplet stroju w przypadku kimona:

„Stanik (notabene, niegdyś nie nosiło się do kimona majtek…), hadagi (bielizna)- zwykle dwuczęściowa, nagajuban (spodnie kimono-halka, na zewnątrz widać kołnierzyk), kimono właściwe i obi. Wszystko dopasowuje się do figury przy pomocy sznurków (himo) jedwabnych, wełnianych lub bawełnianych oraz taśm jedwabnych (date-maki). Obi podtrzymuje ­obi-makura („poduszka”) osłaniana przez „szaliczek” z jedwabiu (obi-age) oraz obi-jime (ozdobny sznur jedwabny) wiążące całość. W sumie chyba kilkanaście elementów”.

Każda szanująca się nauczycielka kitsuke ma własną kolekcję kimon. Są trzymane w specjalnych pudłach i niezbyt często prane. Pani Małgorzata opowiada o swojej kolekcji kimon:

„Czy moje kimona można nazwać kolekcją? Jest ich około 40 sztuk, w tym także kimono z bawełny oraz kilka kimon z poliestru. Do tego 10 yukat i parę dziesiątek pasów obi różnego rodzaju. Przechowuję je według tutejszych zasad- leżą złożone i zawinięte w papier, w szufladach szaf na kimona wykonanych z paulowni (to drewno podobno „oddycha”, zachowując odpowiednią wilgotność, a ta jest wielkim wrogiem kimon). Kimono z poliestru można prać w domu, jak każde inne ubranie. Te z jedwabiu natomiast oddaję do prania (ale nie do zwykłej pralni, tylko do specjalistycznego sklepu z kimonami), kiedy się zabrudzą. A brudzą się głównie kołnierze i rękawy, po kilku użyciach, czyli w sumie pranie chyba raz na rok”.

Zapytana o to, czy posiada swoje ulubione kimono i w jaki sposób przejawia swój indywidualny gust wybierając i nosząc kimono, odpowiada:

„Bardzo lubię to śliwkowej barwy w drobny wzorek. Jest to komon, w drobny wzór same (rekin) i mansuji (paski). Uszyte jest z materiału farbowanego obustronnie- żeby w pełni wykorzystać piękno tego materiału, poleciłam uszyć tzw. Katami-gawari, czyli kimono, którego lewa połowa ma inny wzór niż prawa- to samo z rękawami i kołnierzem. Ponieważ kolor jest bardzo stonowany, a wzór drobny, na pierwszy rzut oka tej różnicy prawie nie widać. Notabene, tego typu kimona były szczytem elegancji np. za czasów Ody Nobunagi. Obecnie widuje się je czasami w Kansai, ale w Kanto nawet handlarze kimonami o katami-gawari nie mają podobno pojęcia. Dobór materiału czy sposobu uszycia („kroju”) to jeden ze sposobów wyrażania gustu przez właściciela. Inne- to dobór obi i dodatków. Wreszcie- sposób noszenia kimona. Różnice polegają w tym przypadku na takich szczegółach, jak wielkość emon (odchylenia kołnierza na karku), rozchylenia kołnierza, wysokość zawiązania obi-jime albo jego przechylenie itp. itd. Pole do popisu jest ogromne, ale naprawdę niewiele osób w tym kraju jest w stanie odczytać te szczegóły”.

Pani Małgorzata nadal pragnie doskonalić się w sztuce układania kwiatów ikebana, zdobyć tytuł iemoto (Wielkiego Mistrza) w ceremonii herbacianej oraz poszerzaniu popularności kultury polskiej w Japonii.

Traktat o łuskaniu fasoli

by pawelklein

Wiesław Myśliwski, bo to o jego książce będzie mowa, uchodzi za jednego z lepszych obecnych pisarzy polskich. Uhonorowany licznymi orderami, m.in. Orderem Odrodzenia PolskiMedalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, Orderem Ecce Homo, a także jest laureatem 2 nagród literackich Nike. Pierwszą otrzymał za Widnokrąg z 1996 roku, drugą zaś- za Traktat o łuskaniu fasoli z 2006 roku. Kreuje on wizję chłopskiego losu i tradycyjnej wspólnoty wiejskiej w perspektywie uniwersalnych prawd o świecie i człowieku.

Jego utwory doczekały się także ekranizacji. W tym małym, bo liczącym 4 filmy, kręgu znalazły się: Droga, Kamień na kamieniu, Klucznik oraz Pałac.

O co w nim chodzi? Jest to potężny i dość długi (bo liczący ok. 350 stron) monolog narratora skierowany do nieznajomego człowieka, który przybywa, aby… kupić trochę fasoli. Kosz wyłuskanej fasoli staje się pretekstem do rozważań nad swoim losem i osobami, którzy mieli na niego wpływ. Z początku zdziwiony główny bohater zaczyna później opowiadać mu o swoim życiu. Życiu pełnym dziwactw, różnorakich spotkanych ludzi, ciekawych zdarzeń i przygód, jakie miał przyjemność przeżyć.

Dlaczego jednak wszystko kręci się wokół łuskania fasoli? Może się to brać z faktu, że był  to taki rodzaj sąsiedzkich posiadów, kiedy równocześnie z łuskaniem fasoli prowadziło się rozmowy na wszystkie możliwe tematy. Te rozmowy dotyczyły i zdarzeń bieżących, i dawnych, snów, duchów, tego i tamtego świat, Boga, pojedynczych i zbiorowych doświadczeń, mędrkowało się, filozofowało, słowem nie było granic, słowa prowadziły ludzi w przeróżnych kierunkach. Uczestniczyły w tym i kobiety, i mężczyźni, starzy, młodzi, także dzieci.

Moim ulubionym fragmentem jest opowieść, w której bohater pracuje na budowie i odkłada pieniądze za puzon. Instrument w tamtych czasach (bo ma to miejsce podczas elektryzacji wsi) bardzo rzadko spotykany i ekskluzywny nie tylko cenowo, ale i brzmieniowo. Podczas odwiedzin w magazynie zostaje zaczepiony przez jedyną osobę, która tam pracowała. Jest to starszy człowiek o bardzo wyczulonym słuchu. Jak się okazuje był on kiedyś puzonistą, ale koleje losu poprowadziły go w zupełnie inne miejsce. Oferuje mu on naukę grania na tym niezwykłym przedmiocie. Z początku bohater zdaje się być zafascynowany, lecz z biegiem czasu zaczyna go irytować starszy jegomość. Karze mu stać w narysowanym kredą na podłodze niewielkim kole, a sam siedzi w kilkumetrowej odległości na pojedynczym krześle. Zaczyna rzadziej się pojawiać na ćwiczeniach, a magazynier wyczekuje na niego, bo „może się w końcu pojawi”. Wykazuje się niebiańską cierpliwością, bo narrator go zwyczajnie unika. Kłamie, że musi dłużej zostać na budowie. Spotyka się to zawsze z odpowiedzią „poczekam”, wypowiedzianą ze stoickim spokojem.
Ma miejsce nawet sytuacja, gdy magazynier oddaje bohaterowi (bo wie, że ten na takowy zbierał) swój puzon. Podarek zostaje przyjęty i użyty. Po tym wydarzeniu coś się zmieniło w postawie narratora. Zaczął chętniej chadzać na próby, ćwiczył regularnie, słuchał uważnie rad. Jednak idylla nie może trwać wiecznie… Magazynier umiera, zostawiając ucznia bez swego mentora.
Nie jestem osobą specjalnie przeżywającą losy bohaterów książki , ale moment w którym zostajemy powiadomieni o tym fakcie niewymownie mnie wzruszył. Bardzo lubiłem tę postać. Miał on dużo ciepła w sobie, którym się naokoło dzielił, nie oczekując niczego w zamian. Piękna postawa, lecz jak rzadka na naszym świecie.

Otworzywszy tę książkę na dowolnej stronie, znajdziemy piękne cytaty, które można by powiesić sobie na ścianie, na lodówce, na tablicy korkowej- gdziekolwiek. Pełne są one mądrości o człowieku, o jego zachowaniu, o miłości, o sumieniu, snach i marzeniach, o historii i skutkach naszych zachowań.

Reasumując chciałbym bardzo gorąco polecić tę książkę tym, którzy szukają czegoś bardziej ambitnego, a zarazem nie uderzy ich brak dialogu, który obecny jest tylko i wyłącznie w opowieściach narratora.
Sam czytałem ją z polecenia mojego wychowawcy (za co mu wielkie dzięki!), ale mimo to bardzo mi się podobała i myślę, że przeczytam ją kiedyś raz jeszcze, aby znów odkryć geniusz Myśliwskiego.

Żeby nie przedłużać- cytatem z „Traktatu” o miłości, bólu i ranie oraz piosenką Adele Someone Like You żegnam się z Wami. Do ponownego przeczytania!

Prawdziwa miłość jest raną. I tylko tak ją można odnaleźć w sobie, gdy czyjś ból boli człowieka jako jego ból.

Witajcie!

by pawelklein

Serdecznie chcielibyśmy Was przywitać na nowym blogu
L A M A   |   P R E S S

Co na nim znajdziecie?

Recenzje filmów, gier, książek.
Notki zupełnie nie związane z niczym.
Komentarze do wydarzeń z dziedziny kultury i sztuki.
Coś o nowych technologiach, jeśli będzie to dość ciekawe.

Od razu mówimy: może się tak zdarzyć, że napiszemy TOTALNE głupoty. Z góry za nie przepraszamy i… prosimy o więcej XD

Nie przedłużając- ZAPRASZAMY DO CZYTANIA I KOMENTOWANIA !