L A M A | P R E S S

Recenzje.

Kategoria: Książka

Assasin Creed: Renesans

by pawelklein

Nie o każdej grze powinny powstawać książki, tak jak nie o każdym filmie powinna zostać napisana książka. Na nasze nieszczęście coraz częściej zdarza się, że fabuła gry- pomimo, że fantastyczna- okazuje się marnym tematem do dywagacji i opisywania na łamach publikacji książkowej. Nie zniechęca to jednak ludzi, którzy chcą zarobić, stojąc w cieniu super produkcji.

okładka

Bowden Olivier należy do tej grupy, którzy stojąc pod tak owocnym drzewem, jakim jest produkt Ubisoftu, stara się dopisać do fabuły swoje (marne) pięć groszy. Przeczytawszy w swoim życiu kilka książek opartych na grach, nie czytałem tak źle napisanej. Opisy są płaskie, bez wyrazu, sceny walk wydają się stand-upami, a punkt kulminacyjny nie jest prawidłowo wskazany. „Przerost formy nad treścią” chciałoby się powiedzieć i… można to robić śmiało, pełną gębą.

Mimo, że całość osadzona jest w drugiej części gry, w dobie renesansu, to mało renesansu w renesansie. Leonardo da Vinci, który staje się ważną postacią w życiu Florencji, zostaje spłaszczony do grubości atomu. Ukazany, co prawda, jako wielki myśliciel i wynalazca, to poza tym, jest nikim. Jego urządzenia zabijają, kaleczą- tylko to potrafią. A co z jego „samolotem”? Może mi to umknęło przez gąszcz słów, z których mało co wynika.

Logika zachowana, ale co to za logika? Logika czego? Chyba tego, że każdy nowy wynalazek musi służyć do zabijania. Jakie to nowoczesne! Jakie zjawiskowe! Perpetum mobile myśli technicznej! Śmierć, śmierć i śmiercią zakrapiana. A in statu nascendi nie zabijanie było celem Leonarda. A może i było, i wszelkie informacje o tym są przekłamywane? Toż to bardzo możliwe, skoro jego zapiski i większość manuskryptów jest pochowanych po świecie.

Z recenzji książki zrobiła się epistoła o Leonardzie i zabijaniu. Gdyby wziąć tę powiastkę i wymiąć jak gąbkę, zostałoby niewiele. Nomen omen bardzo niewiele.

Tak to jest, gdy piszę się pod komerchę.

Reklamy

Diablo: Pajęczy Księżyc

by pawelklein

Lord Aldric Jitan cierpi na nocne koszmary. Doprowadzają go one do tajemniczego grobowca. W miejscu tym arystokrata ma nadzieję obudzić pradawne zło, uśpione od czasu upadku Tristram.

Tajemniczy nekromanta Zayl, zaniepokojony rosnącą w siłę mocą Ciemności, trafia na ślad złowieszczego planu Jitana. Zayl nie wie jednak, iż czekają go zmagania z innym nekromantą, będącym właściwym autorem diabelskiego planu.

Pajęczy Księżyc wschodzi; złowrogi demon, Astrogha, szykuje swe sługi do ataku na Sanktuarium.

okładka

 

Richard A. Knaak to jeden z oblubieńców Blizzarda. Widać to, ponieważ pisze dla nich kolejną książkę- tę, o której mam zamiar pisać. Autor napisawszy już kilka książek z uniwersum WarCrafta (m.in. trylogię „Wojny Starożytnych”, lecz to później), zabrał się za drugie- Diablo. I jeden i drugi świat jest pełen zła i przemocy oraz dobra stawiające mu czoła na każdym kroku.

Jak zwykle w tego typu powieściach mamy do czynienia z głównym bohaterem, który- będąc z klasy nekromantów- nie jest zbytnio lubiany przez resztę społeczeństwa. Nekromanci zostają oskarżani o wszelkie zło, sodomę i gomorę- jak zwykle- niesłusznie, bowiem nikt poza wtajemniczonymi nie wie, czym tak naprawdę zajmują się owi Strażnicy Równowagi. Ale Ci, którzy twierdzą i twardo stoją przy swojej opinii, iż ww. są źli… mają trochę racji. Przynajmniej nie wszyscy są dobrzy. Jednak ta dychotomia jest zrozumiała, gdyż każdy pod względem etycznym i moralnym jest różny. Nic więcej o tym nie powiem, bo to nie rozprawka etyczna.

Na szczęście główny bohater spotyka na swojej drodze kobietę, przedstawicielkę szlachty, która służy mu pomocą, a właściwie- oferuje mu pracę. Jej celem jest odkrycie tajemnicy jej posiadłości, którą dostała po swoich rodzicach, w którym mieszka z bratem po śmierci rodziców i jej męża. Sprawa się jednak komplikuje, gdy rości sobie prawo do domu Aldric Jitan (powołujący się na dawny układ z jej mężem nieboszczykiem), który okazuje się być jednym z polityków, ale także nieskrytym adoratorem młodej damy. Po co jednak jej nekromanta? Do tego, do czego oni są- aby wskrzesić, a dokładniej mówiąc: przywołać duszę dawno zmarłego ukochanego prawowitej właścicielki domostwa.

Żeby nie było zbyt łatwo, ktoś utrudnia pracę Zaylowi. Nie tylko ktoś, ale także i… coś. Coś mrocznego, o nieprzeciętnej potędze. Coś, co sprawi, że ten będzie musiał zmierzyć się z niejedną przeciwnością.

Jaki jest finał? Ja o nim nie napiszę, bo zabrałbym Wam cała przyjemność.

Przeczytawszy, muszę powiedzieć, że zarazem punkt kulminacyjny, jak i cała fabuła są fascynujące. Opisy są barwne, wielowymiarowe, odziane w cienie i półcienie. Jesteśmy świadkami zmian w osobowości Zayla, ale także postępowania arystokracji. Nie dosyć, że obecny jest czarny dowcip, to jest on raczej bon mot’em towarzysza nekromanty, który jest… No właśnie, czym on jest? Zgadnijcie. Nic nie powiem 🙂

In toto powiastka jest ciekawa, wciągająca, fabuła interesująca. Moim zdaniem warta polecenia dla fanów fantastyki, universum Diablo i tych, których interesuje twórczość autora bestsellerów Richarda Knaaka.

„Protektorat Parasola: Bezduszna”

by lamapress

Szanowni państwo, pragnę przedstawić Wam 1. tom serii  „Protektorat Parasola: Bezduszna” autorstwa Gail Carriger.

Nigdy się nie zdarzyło, bym zainteresowała się książką patrząc jedynie na okładkę, a tu proszę- Vay zobaczyła rzeczy związane ze steampunkiem i od razu się zakochała. W książce mamy mieszankę różnych gatunków: urban fantasy, steampunk, wiktoriański romans, komedia i paranormal romance. Ktoś może powiedzieć, że to istna mieszanka wybuchowa, a nie książka. Dla mnie ten skład jest genialnym połączeniem wywołującym uśmiech na twarzy za każdym razem, gdy się ją czyta.

Myślę, że czas na opisanie fabuły:

Anglia, Londyn dokładniej mówiąc, XIX wiek. Znajdujemy się na balu u pewnej księżnej (ale nie o nią tu chodzi). Na tym właśnie balu znajduje się nasza bohaterka, Alexia Tarabotti- stara panna lat dwadzieścia sześć, dla której ten bal jak i inne są strasznie nudne. W celu rozrywki panna Alexia wybrała się do biblioteki gospodyni przyjęcia. Rozrywką miało być spałaszowanie podwieczorka i powęszenie po pułkach wypełnionych wielkimi tomiszczami. Znajduje w bibliotece podwieczorek i książki, bonusowo jest też wampir. A teraz taka uwaga: w tej serii wampiry i wilkołaki są szanowanymi obywatelami, zajmującymi nawet wysokie stanowiska. Wampir, którego spotyka nasza znajoma okazuje się dzikusem. Za swój brak manier wobec damy dostaje parasolką po łbie i drewnianą szpilą. Przez te rozróby zjawia się nie kto inny jak Hrabia Conall Maccon, z pochodzenia Szkot, no i dodatkowo alfa jednej z największych watah w Anglii. I tu mogą być spory, co do tego, czy hrabia jest przystojny- ma w sobie tyle wdzięku, co kotlet na patelni, ale pannie Tarabotti przypada do gustu (a długo się broniła by to przyznać). Trzeba też powiedzieć, że nasza bohaterka jest córką Włocha, po którym odziedziczyła nieposiadanie duszy (i pragnę zaznaczyć że nie jest jedyna w swoim rodzaju). W książce autorka przestawia nam nie tylko standardowe rasy paranormalne tj.: duch, wampir, wilkołak, ale też dodaje swoją- Nadludzkich. Do owych Nadludzkich zalicza się Alexia. Nadludzcy są „ludźmi”, którzy nie posiadają duszy i mogą poprzez dotyk przywrócić nieumarłemu normalność, ale na krótko, czyli na tyle, na  ile utrzymany jest kontakt fizyczny.
Przez niewychowanego już niestety ukatrupionego na amen wampira, Alexia zainteresowała się sprawą tajemniczego znikania krwiopijców. Zanim przejdę dalej, muszę wytłumaczyć, jak działa hierarchia nadprzyrodzonych/ nieumarłych w Wiktoriańskiej Anglii przedstawiona w noweli. Wampiry należą do tzw. Uli. Znajduje się w nich królowa, która ma wyłączne prawo do przemienienia człowieka w wampira. Osobniki, które nie chcą ciągle siedzieć ukryte pod spódnicą królowej, żyją samodzielnie i takich nazywa się Tułaczami. Ule i Tułacze mają swoich ludzkich współpracowników, którzy noszą szumną nazwę: Trutnie (są to kandydaci na przyszłe wampiry). O przemianę takiego Trutnia trzeba prosić królową Ula (najlepiej tę, która jest „matką” Tułacza, u którego służy dany Truteń). Och, trochę zamieszania tu jest, no ale mówi się trudno. Po odbytej wizycie w Ulu nasza bohaterka wpada w łapska czarnych charakterów tej części, czyli Naukowców ze Stowarzyszenia Żelaznej Ośmiornicy.

Tyle o fabule. I tak już napisałam o wiele za dużo, a to ma być recenzja, a nie streszczenie. Bardzo podobał mi się sposób przestawienia w książce Nadprzyrodzonych. Nie są to wyrzutki społeczeństwa, które muszą się ukrywać ze swoim „przekleństwem”, czy chować po ruinach, cmentarzach czy też lasach.
W „Bezdusznej” mamy do czynienia z wilkołakami, którzy to należą w większości do armii Królowej Wiktorii i wiernie jej służą, z wampirami, którzy to nie tylko zasiadają w parlamencie, ale również dyktują modę i uchodzą za przykładnych obywateli. No, duchy są duchami, ale też swoją rolę mają- mogą pracować dla rządu, wilkołaków czy wampirów jako szpiedzy, bo kto inny, jak nie duszek, przeniknie przez najgrubsze mury w celu podsłuchania najbardziej poufnych rzeczy?  🙂

Książka jest też zabawna i nie dlatego, że ma jakieś głupawe momenty, które pierwotnie miały być poważne, ale dlatego, że to, co ma być zabawne spełnia swoją rolę. Ale samemu trzeba to przeczytać, by się zgodzić z tym stwierdzeniem.
Polecam tę książkę tym, którzy chcą przeczytać coś o wampirach, wilkołakach, które nie bawią się w sparklowanie na słońcu, czy udawanie grzejnika (tak, ja też NIESTETY przeczytałam „Zmierzch”). Tu jest romans w miarę stosownych dawkach, zero ckliwości, dennych miłosnych wyznań, gadek-szmatek np. „ach, ja cię kocham, ale ty przecież świecisz na słońcu, jakbyś się wysmarował brokatem”, momenty zabarwione pikanterią (owa pikanteria jest wprowadzona przez  panią Gail Carriger, nie tracąc przy tym zdrowego rozsądku).

Seria składa się z 5 tomów, z czego 3 zostały wydane w Polsce. 4. tom ma wyjść najprawdopodobniej na wiosnę/ lato w  Polsce. Ostatni tom wyjdzie dopiero 5 marca w Stanach.

I to by było na tyle 🙂

Traktat o łuskaniu fasoli

by pawelklein

Wiesław Myśliwski, bo to o jego książce będzie mowa, uchodzi za jednego z lepszych obecnych pisarzy polskich. Uhonorowany licznymi orderami, m.in. Orderem Odrodzenia PolskiMedalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, Orderem Ecce Homo, a także jest laureatem 2 nagród literackich Nike. Pierwszą otrzymał za Widnokrąg z 1996 roku, drugą zaś- za Traktat o łuskaniu fasoli z 2006 roku. Kreuje on wizję chłopskiego losu i tradycyjnej wspólnoty wiejskiej w perspektywie uniwersalnych prawd o świecie i człowieku.

Jego utwory doczekały się także ekranizacji. W tym małym, bo liczącym 4 filmy, kręgu znalazły się: Droga, Kamień na kamieniu, Klucznik oraz Pałac.

O co w nim chodzi? Jest to potężny i dość długi (bo liczący ok. 350 stron) monolog narratora skierowany do nieznajomego człowieka, który przybywa, aby… kupić trochę fasoli. Kosz wyłuskanej fasoli staje się pretekstem do rozważań nad swoim losem i osobami, którzy mieli na niego wpływ. Z początku zdziwiony główny bohater zaczyna później opowiadać mu o swoim życiu. Życiu pełnym dziwactw, różnorakich spotkanych ludzi, ciekawych zdarzeń i przygód, jakie miał przyjemność przeżyć.

Dlaczego jednak wszystko kręci się wokół łuskania fasoli? Może się to brać z faktu, że był  to taki rodzaj sąsiedzkich posiadów, kiedy równocześnie z łuskaniem fasoli prowadziło się rozmowy na wszystkie możliwe tematy. Te rozmowy dotyczyły i zdarzeń bieżących, i dawnych, snów, duchów, tego i tamtego świat, Boga, pojedynczych i zbiorowych doświadczeń, mędrkowało się, filozofowało, słowem nie było granic, słowa prowadziły ludzi w przeróżnych kierunkach. Uczestniczyły w tym i kobiety, i mężczyźni, starzy, młodzi, także dzieci.

Moim ulubionym fragmentem jest opowieść, w której bohater pracuje na budowie i odkłada pieniądze za puzon. Instrument w tamtych czasach (bo ma to miejsce podczas elektryzacji wsi) bardzo rzadko spotykany i ekskluzywny nie tylko cenowo, ale i brzmieniowo. Podczas odwiedzin w magazynie zostaje zaczepiony przez jedyną osobę, która tam pracowała. Jest to starszy człowiek o bardzo wyczulonym słuchu. Jak się okazuje był on kiedyś puzonistą, ale koleje losu poprowadziły go w zupełnie inne miejsce. Oferuje mu on naukę grania na tym niezwykłym przedmiocie. Z początku bohater zdaje się być zafascynowany, lecz z biegiem czasu zaczyna go irytować starszy jegomość. Karze mu stać w narysowanym kredą na podłodze niewielkim kole, a sam siedzi w kilkumetrowej odległości na pojedynczym krześle. Zaczyna rzadziej się pojawiać na ćwiczeniach, a magazynier wyczekuje na niego, bo „może się w końcu pojawi”. Wykazuje się niebiańską cierpliwością, bo narrator go zwyczajnie unika. Kłamie, że musi dłużej zostać na budowie. Spotyka się to zawsze z odpowiedzią „poczekam”, wypowiedzianą ze stoickim spokojem.
Ma miejsce nawet sytuacja, gdy magazynier oddaje bohaterowi (bo wie, że ten na takowy zbierał) swój puzon. Podarek zostaje przyjęty i użyty. Po tym wydarzeniu coś się zmieniło w postawie narratora. Zaczął chętniej chadzać na próby, ćwiczył regularnie, słuchał uważnie rad. Jednak idylla nie może trwać wiecznie… Magazynier umiera, zostawiając ucznia bez swego mentora.
Nie jestem osobą specjalnie przeżywającą losy bohaterów książki , ale moment w którym zostajemy powiadomieni o tym fakcie niewymownie mnie wzruszył. Bardzo lubiłem tę postać. Miał on dużo ciepła w sobie, którym się naokoło dzielił, nie oczekując niczego w zamian. Piękna postawa, lecz jak rzadka na naszym świecie.

Otworzywszy tę książkę na dowolnej stronie, znajdziemy piękne cytaty, które można by powiesić sobie na ścianie, na lodówce, na tablicy korkowej- gdziekolwiek. Pełne są one mądrości o człowieku, o jego zachowaniu, o miłości, o sumieniu, snach i marzeniach, o historii i skutkach naszych zachowań.

Reasumując chciałbym bardzo gorąco polecić tę książkę tym, którzy szukają czegoś bardziej ambitnego, a zarazem nie uderzy ich brak dialogu, który obecny jest tylko i wyłącznie w opowieściach narratora.
Sam czytałem ją z polecenia mojego wychowawcy (za co mu wielkie dzięki!), ale mimo to bardzo mi się podobała i myślę, że przeczytam ją kiedyś raz jeszcze, aby znów odkryć geniusz Myśliwskiego.

Żeby nie przedłużać- cytatem z „Traktatu” o miłości, bólu i ranie oraz piosenką Adele Someone Like You żegnam się z Wami. Do ponownego przeczytania!

Prawdziwa miłość jest raną. I tylko tak ją można odnaleźć w sobie, gdy czyjś ból boli człowieka jako jego ból.