„Protektorat Parasola: Bezduszna”

by lamapress

Szanowni państwo, pragnę przedstawić Wam 1. tom serii  „Protektorat Parasola: Bezduszna” autorstwa Gail Carriger.

Nigdy się nie zdarzyło, bym zainteresowała się książką patrząc jedynie na okładkę, a tu proszę- Vay zobaczyła rzeczy związane ze steampunkiem i od razu się zakochała. W książce mamy mieszankę różnych gatunków: urban fantasy, steampunk, wiktoriański romans, komedia i paranormal romance. Ktoś może powiedzieć, że to istna mieszanka wybuchowa, a nie książka. Dla mnie ten skład jest genialnym połączeniem wywołującym uśmiech na twarzy za każdym razem, gdy się ją czyta.

Myślę, że czas na opisanie fabuły:

Anglia, Londyn dokładniej mówiąc, XIX wiek. Znajdujemy się na balu u pewnej księżnej (ale nie o nią tu chodzi). Na tym właśnie balu znajduje się nasza bohaterka, Alexia Tarabotti- stara panna lat dwadzieścia sześć, dla której ten bal jak i inne są strasznie nudne. W celu rozrywki panna Alexia wybrała się do biblioteki gospodyni przyjęcia. Rozrywką miało być spałaszowanie podwieczorka i powęszenie po pułkach wypełnionych wielkimi tomiszczami. Znajduje w bibliotece podwieczorek i książki, bonusowo jest też wampir. A teraz taka uwaga: w tej serii wampiry i wilkołaki są szanowanymi obywatelami, zajmującymi nawet wysokie stanowiska. Wampir, którego spotyka nasza znajoma okazuje się dzikusem. Za swój brak manier wobec damy dostaje parasolką po łbie i drewnianą szpilą. Przez te rozróby zjawia się nie kto inny jak Hrabia Conall Maccon, z pochodzenia Szkot, no i dodatkowo alfa jednej z największych watah w Anglii. I tu mogą być spory, co do tego, czy hrabia jest przystojny- ma w sobie tyle wdzięku, co kotlet na patelni, ale pannie Tarabotti przypada do gustu (a długo się broniła by to przyznać). Trzeba też powiedzieć, że nasza bohaterka jest córką Włocha, po którym odziedziczyła nieposiadanie duszy (i pragnę zaznaczyć że nie jest jedyna w swoim rodzaju). W książce autorka przestawia nam nie tylko standardowe rasy paranormalne tj.: duch, wampir, wilkołak, ale też dodaje swoją- Nadludzkich. Do owych Nadludzkich zalicza się Alexia. Nadludzcy są „ludźmi”, którzy nie posiadają duszy i mogą poprzez dotyk przywrócić nieumarłemu normalność, ale na krótko, czyli na tyle, na  ile utrzymany jest kontakt fizyczny.
Przez niewychowanego już niestety ukatrupionego na amen wampira, Alexia zainteresowała się sprawą tajemniczego znikania krwiopijców. Zanim przejdę dalej, muszę wytłumaczyć, jak działa hierarchia nadprzyrodzonych/ nieumarłych w Wiktoriańskiej Anglii przedstawiona w noweli. Wampiry należą do tzw. Uli. Znajduje się w nich królowa, która ma wyłączne prawo do przemienienia człowieka w wampira. Osobniki, które nie chcą ciągle siedzieć ukryte pod spódnicą królowej, żyją samodzielnie i takich nazywa się Tułaczami. Ule i Tułacze mają swoich ludzkich współpracowników, którzy noszą szumną nazwę: Trutnie (są to kandydaci na przyszłe wampiry). O przemianę takiego Trutnia trzeba prosić królową Ula (najlepiej tę, która jest „matką” Tułacza, u którego służy dany Truteń). Och, trochę zamieszania tu jest, no ale mówi się trudno. Po odbytej wizycie w Ulu nasza bohaterka wpada w łapska czarnych charakterów tej części, czyli Naukowców ze Stowarzyszenia Żelaznej Ośmiornicy.

Tyle o fabule. I tak już napisałam o wiele za dużo, a to ma być recenzja, a nie streszczenie. Bardzo podobał mi się sposób przestawienia w książce Nadprzyrodzonych. Nie są to wyrzutki społeczeństwa, które muszą się ukrywać ze swoim „przekleństwem”, czy chować po ruinach, cmentarzach czy też lasach.
W „Bezdusznej” mamy do czynienia z wilkołakami, którzy to należą w większości do armii Królowej Wiktorii i wiernie jej służą, z wampirami, którzy to nie tylko zasiadają w parlamencie, ale również dyktują modę i uchodzą za przykładnych obywateli. No, duchy są duchami, ale też swoją rolę mają- mogą pracować dla rządu, wilkołaków czy wampirów jako szpiedzy, bo kto inny, jak nie duszek, przeniknie przez najgrubsze mury w celu podsłuchania najbardziej poufnych rzeczy?  🙂

Książka jest też zabawna i nie dlatego, że ma jakieś głupawe momenty, które pierwotnie miały być poważne, ale dlatego, że to, co ma być zabawne spełnia swoją rolę. Ale samemu trzeba to przeczytać, by się zgodzić z tym stwierdzeniem.
Polecam tę książkę tym, którzy chcą przeczytać coś o wampirach, wilkołakach, które nie bawią się w sparklowanie na słońcu, czy udawanie grzejnika (tak, ja też NIESTETY przeczytałam „Zmierzch”). Tu jest romans w miarę stosownych dawkach, zero ckliwości, dennych miłosnych wyznań, gadek-szmatek np. „ach, ja cię kocham, ale ty przecież świecisz na słońcu, jakbyś się wysmarował brokatem”, momenty zabarwione pikanterią (owa pikanteria jest wprowadzona przez  panią Gail Carriger, nie tracąc przy tym zdrowego rozsądku).

Seria składa się z 5 tomów, z czego 3 zostały wydane w Polsce. 4. tom ma wyjść najprawdopodobniej na wiosnę/ lato w  Polsce. Ostatni tom wyjdzie dopiero 5 marca w Stanach.

I to by było na tyle 🙂